Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Mongolia.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow RUMUNIA arrow Rumunia Junakiem (2001)
Rumunia Junakiem (2001) PDF Drukuj E-mail
Wpisany: moderator   
18.03.2006.
Spis treści
Rumunia Junakiem (2001)
Strona 2

Gdy wczesnym popołudniem przepinałem na trasie zapłon z iskrownika na bateryjny, nie wiedziałem jeszcze, czy to początek męki ciągłych remontów, czy odosobniony przypadek. W końcu ta cewka wczoraj założona do iskrownika nie była bankowo pewna. Jednak dostała przebicie. Ale co tam - do granicy jeszcze godzina, a potem tyle jeszcze granic na trasie...

Plan był z grubsza opracowany już w zeszłym roku. Ledwo wróciłem z Estonii, gdzie przypadkowo spotkałem chłopaków ze Szczecina, tłukących się perzakiem i ikstetą po krajach byłego sojuza, wiedziałem już, że następny wrzesień należy do Karpat. Rozstrajając nerwowo żonę, od wczesnej wiosny spędzałem czas nad mapami i przewodnikami, udając, że jestem w domu obecny podczas, gdy w myślach tłukłem się już po jakichś dziurawych, górskich drogach.

Okroiwszy parę letnich wypłat, uzbrojony w fundusze, optymizm i duży składzik narzędzi i części, ruszyłem na podbój gór. Pierwszego dnia, w sposób czysto nieturystyczny, miałem zamiar dotrzeć z punktu A do B, znajdującego się na Słowacji, możliwie blisko ukraińskiego przejścia granicznego. Z nieba lekko siąpiło, a mnie rozlazł się napinacz łańcucha, sprzęgło zaczęło się ślizgać przy kopaniu, bo dolałem oleju jak fabryka przykazała, a w baterii pogięły się płyty, bo nie dolałem wody i w końcu wyschła. W pierwszym większym warsztacie ze spawarką i destylowaną wodą poprawiłem usterki(dzięki, mistrzu) i pociągnąłem dalej na południe. Za Bochnią zaczęły się już takie krzywizny, że momentami schodziłem do dwójki i ciężko myślałem o tym, że w góry to ja się dopiero wybieram! Do granicy padła jeszcze ta trefna cewka, niespecjalnie mnie zaskakując i potem poszło już gładko.

Image
Pierwszy nocleg - pierwszy deszcz, ale pomimo jednoczęściowego namiotu w miarę suchy rano ruszyłem ku Ukrainie. Na granicy potraktowano mnie z życzliwą podejrzliwością; jak to - Polak i tędy??? A czemu, a dokąd, a do zdjęcia niepodobny, itepe. Dobrze, że mój parszywiec budzi w ludziach jeśli nie litość dla jeźdźca, to przynajmniej zainteresowanie, które można wykorzystać ku pomyślnemu obrotowi spraw. Zaznaczywszy w deklaracji, ile kilo uranu, amfy i telefonów wwożę oraz zobowiązując się pisemnie do wywiezienia mojego motocykla z terenu Ukrainy, ruszyłem nareszcie do najbliższego dystrybutora. O rany, gdyby nie uszy, uśmiechnąłbym się dookoła głowy; najdroższa benzyna 1,90 złocisza! Drugim punktem był autobazar, do którego dotarłem wedle wskazówek pogranicznika, spodziewając się tam znaleźć jakąś tanią baterię w miejsce mojej, zdychającej. Bazar był, baterie też, ale drogie jak u nas, więc się nie zdecydowałem. Jeszcze tego dnia miało się okazać, jak dobrze zrobiłem, zachowując te pieniądze na „inne wydatki”...

Ukraina, jak to Ukraina: asfalty niespecjalne i średnio co 10 km milicjanci, ale tu ważna uwaga: żaden nie zdecydował się mnie zatrzymać. Choć może, gdy przejeżdżałem, widząc polską rejestrację żałowali przegapionych jednodolarówek, które miałem specjalnie dla nich... Tymczasem drogi ubywało gładko. Podejrzanie gładko. Po prawej stronie, za graniczną Cisą, rozciągały się już widoki rumuńskie, choć do przejścia był jeszcze dzień drogi. Tymczasem na jednym z podjazdów, szczęściem w jakiejś wsi, silnik nagle wszedł na obroty, motor zwolnił - i juz wiedziałem: rozpiął się łańcuszek sprzęgłowy. Tylko ze stratami, czy bez? Cholera, zapinka została w domu! Ale trzeba najpierw zajrzeć. Tu mina mi zrzedła. Zapinka i sąsiednie ogniwa rozpadły się w mak. Co teraz? Zatrzymuję motorowerzystę; wskazuje mi warsztat ‘samochodowo-traktorowy”, pcham trupa, ale to niedziela i „zakryto”. Zaprzęgam do pomocy chłopaczka na rowerze, szuka właściciela warsztatu. Gdzieś pojechał, zero postępów, a czas leci. Odechciało mi się wszystkiego. Rozpuszczam język za starym Iżem, 49 czy 56, bo w międzyczasie dowiaduję się, że we współczesnych Planetach łańcuch jest już jednorzędowy. Oczywiście kompletny brak starych modeli we wsi. Paru wyrostków po dłuższej rozmowie wyczuwa biznes:” jak znajdziemy - zapłacisz?” Oczyma wyobraźni widzę się wraz z motorem na Kamazie posuwającym gdzieś w stronę stacji kolejowej, więc jestem zdecydowany: „zapłacę!” Tłumaczę im, że być może zużyty łańcuch rozrządu od Łady da się wpasować; kiedyś próbowałem w domu, ale narobił mi strat; wstał na zębach, wyrwał napinacz i skrzywił wałek z koszem sprzęgła. Był nowy; może stary się nada? Jeszcze tylko objaśnienie, co to jest Łada(po ichniemu: żiguli), i po godzinie - jest! Niby też 3/8”, ale z powodu różnic muszę użyć po chamsku szlifierki do zwężenia zębów - za to pasuje, jakby był stąd! To dzięki temu zużyciu. Wraca ochota do życia. Żegnam się pospiesznie, ustaloną sumę 10$ wypłacam w markach. Tu oburzenie: a co to jest?! A może to czeskie korony?! Dopiero cieć ze stacji paliw potwierdza swoim autorytetem: „cwancyś dojcze mark - giermańskie!” Popołudnie jest tak późne, że jadę może jeszcze z godzinę i zapadam na nocleg w przydrożnych krzakach. Fajnie - ten nocleg planowałem jakieś 200 km dalej. Ale to jest urok podróżowania rocznikiem 1960.

Następny dzień to najpiękniejsza chyba droga na całej Ukrainie: Karpaty, Karpaty, Karpaty. Na trudnym podjeździe w gęstym lesie zatrzymuję się przy źródełku, żeby nabrać wody. Nadchodzi, jak sie okazuje, gajowy i wchodzimy w gadkę. Przyznaje, że słysząc mnie z daleka, pomyślał „oho, jeden cylindr nie rabota!”. Pytam o faunę(wołki? potąd!” - rysuje kreskę na czole), o rumuńską granicę i czy tu kiedyś była Polska. Okazuje się, że jesteśmy w byłej Czechosłowacji, a Polska zaczynała się o dwa kilometry dalej, na przełęczy Jabłonickiej. Tłumaczy mi, gdzie znajdę tam słupek graniczny z tamtych czasów. Faktycznie, znajduje go szybko. Jestem 140 km na wschód od naszych Bieszczad!

Image
Paliwo coraz tańsze, ludzie motorami jeżdżą często w hełmofonach czołgowych; oczywiście dziś Iżów-56 widzę na pęczki. Prowincja pełną gębą. Dekiel sprzęgła przyłożony bez uszczelki puszcza olej i muszę go często uzupełniać. Stacje benzynowe tam służą do tankowania benzyny i przez następne 150 km daremnie szukam na nich jakiegokolwiek oleju. W końcu na dawnej granicy Rzeczypospolitej znajduję budę handlującą akcesoriami do aut; kupuję za 2,50 litr „masła” w butelce po mineralnej. Leję olej i co widzę? Dnieprowski bak uległ wibracjom singla, czy też dziurawym drogom swojej ojczyzny i... puszcza paliwo na zgrzewach. Jestem świeżo po tankowaniu i choć wacha tu po 1,50 , to mi jej żal. Zlewam ja z dużymi stratami do baniaków po płynie do chłodnic i kleję poxipolem. W efekcie cieknie słabiej, nic więcej nie mogę poradzić. Po prostu nie mogę lać pod korek i staram się odtąd dojeżdżać na nocleg na rezerwie.

Do granicy niedaleko, ale na dramatycznie garbatym odcinku drogi pęka mi pionowy przegub mocowania przyczepki. Szczęśliwie zauważam to 20 m od warsztaty blacharskiego. Gość gratisowo-ekspresowo łączy mi pęknięcie takim gatunkiem spawu, który dotąd widywałem jedynie na motobazarze, oglądając nówki Dniepry. Te smarki to chyba tutaj norma, ale cóż tam Dniepry, gdy kończyli właśnie na podwórku Audi setkę! To ostatni problem techniczny i zgubiwszy się zaraz za warsztatem, drogami robionymi chyba przez walce z blachy falistej docieram do granicy. Ostatnie tankowanie - etylina 76 po 1,35 złocisza. Pogranicznik dziwi się, że na wjeździe nie kazano mi zapłacić „ekologii”(35zł) i proponuje połowę tej sumy do kieszeni. Wykręcam sie herezją, że gdybym miał takie pieniądze, to autem bym jeździł. Opłaciło się wjeżdżać od Słowacji! Niestety, dalej nie poszło już tak gładko. Celnicy poczuli te jednodolarówki i odstawili mnie na bok, żebym „poczekał”. No więc czekam godzinę, dwie i udaję głupa, ale czas mnie goni, bo do wyznaczonego noclegu co najmniej półtorej godziny, a tu już zachód. W końcu robię mały dym i ustępują. Podjeżdżam na stronę rumuńską, a tu kolejny cyrk: jest 19.15, a oni od 19 do 20 mają „zmianę” i nie pracują. Tu przydaje się znajomość dziesięciu słów po rumuńsku, przyswojonych z przewodnika. Tłumaczę, że jestem turystą, spieszę się na nocleg i jakoś łaskawie biją mi stempel w paszport. Tak, turysta na tamtym przejściu to ewenement. Odcinałem się od tła złożonego z tabunów ukraińskich handlarzy obładowanych jak wielbłądy. Celnicy pojąć nie mogli, że na pytanie „kuda?” odpowiadam „tu i tam...Karpaty!” W domu żona, a ja tu sam? Dla putieszestwa? Ho, ho...


Zmieniony ( 23.03.2006. )
 
wstecz

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 11 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.