Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Mongolia.jpg
START
CUDEM OCALENI Z SYRYJSKIEJ MASAKRY 2007 PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Kodi   
21.05.2007.

Trasa w wersji skróconej :

 
Image
Polska - Słowacja - Węgry - Srebia - Bułgaria - Turcja - Syria - Liban - Syria - Jordania - Syria - Turcja - Bułgaria - Serbia - Węgry - Słowacja - Polska.

Trasa w wersji rozszerzonej :

Dzień 1. Garaż - Chorzów Dzień 2. Branska Bystrica - Budapeszt - Szeged - Belgrad - Nis Dzień 3. Pierot - Sofija - Plovdiv - Haskowo - Stambuł - Sakaray Dzień 4. Ankara - Aksaray - Pozanti - Adana - Iskenderun Dzień 5. Hatay - Homs - Baalbak - Beirut Dzień 6. Al Karak - Al Agabah. Dzień 7. Petra - Amman - Damaszek Dzień 8. Aleppo - Adana Dzień 9. Pozanti - Ankara - Stambuł Dzień 10. Haskovo - Stara Zagora - Sofija - Nis - Belgrad -Szeged Dzień 11. Budapeszt - Branska Bystrica - Rabka - Kraków - Kielce - Radom - Garaż.

Czyli 11 dni i prawie 9 tyś. km.

Przygotowania.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jesienią 2006 otrzymuję maila od Henia vel OKP-a z propozycją wspólnego wyjazdu na przełomie kwietnia / maja. Wchodzę w temat.

Pod koniec grudnia łatwimy wizy do Syrii i Libanu , które jak się okazuje tracą ważność po 3 miesiącach, procedurę powtarzamy po raz kolejny na wiosnę. Warto tu zaznaczyć, że Maciek kumpel Henia mieszkający w Wa-wie poświęca swój cenny czas na obwiezienie nas po ambasadach a następnie udostępnia mieszkanie w celach wiadomych... Dzięki Maciek Legia górą !!

Czas płynie jak rzeka... dzień przed wyjazdem ; podczas próby prostowania stelaża pod kufer centralny (co jakiś czas mam z nim przeboje ) urywamy z kolegą Łukaszem jedno ramie, na spawanie jest już za późno więc wiertarka idzie w ruch. Skręcamy wszystko razem na śrubę i wygląda na to, że wytrzyma (wytrzymał ), przy okazji montażu uchwytu pod navi zbiłem szybkę od termometru. Pech chodzi parami. Spakowałem się, idę spać.

W dzień wyjazdu okazuje się, że moja stara sprawdzona cyfra odmawia posłuszeństwa... a niech to. Na szybkiego zaopatruję się w pierwszą lepszą cyfrówkę i karty, tracąc przy tym pół dnia. Jaki będzie efekt dowiemy się później bo nie mam już czasu na testowanie sprzętu... a Henio niecierpliwie kręci na komórę. Umawiam się, że za parę godzin jestem.

Dzień 1.

Po południu odpalam sprzęt i około 21 jestem w Chorzowie u Henia . Zostaję przywitany, przedstawiony, nakarmiony i napojony. Przy okazji omawiania trasy i szczegółów do póżna przy barze, poznaję Marka ( ginekologa ), który zresztą też jest motocyklistą.

Dzień 2.

Jajecznica i w drogę. Mijamy Słowację, Węgry, Serbia i tu wypada nam nocleg.

Dzień 3.

Rano szybkie śniadanie i jeszcze szybszy wyjazd. Stajemy na sesję zdjęciową jakieś 35 km od hotelu i w tym miejscu okazuje się, że zapomnieliśmy paszportów. Szybka decyzja kręcę minetę gazu na maxa i po krótkiej chwili wiosłujemy dalej wspólnie z małą stratą czasową, którą powoli nadrabiamy. Na przejściu granicznym Serbia/Bułgaria spotykamy sympatycznego Szweda, który "turla" się do Turcji. Krótka pogaducha i czas na nas. Tego dnia na liczniku mojej cegły stuka 50 tkm i jak na razie nieźle sobie radzi ;-)

Przeciskamy się po drogach bułgarskich, nagle pojawia się korek jak się okazało spowodowany wypadkiem, całe zdarzenie musiało nastąpić niedawno... w jednym z aut jest jeszcze kobieta w takim stanie, że przez dwie najbliższe godziny dochodzę do siebie po tym co widziałem. Henio w ogóle nie zerka w tamtą stronę. Myśli tego dnia kręcą się wokół życia " Jak kruche jest..."

Teraz częściej odpuszczam minetę. Wystarczy chwila i ulotnymi się stajemy...

Po 16-stej wdzieramy się do Turcji. Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa przygoda. W Stambule jest most łączący Europę z Azją który przekraczamy tego wieczoru i śpimy po raz pierwszy w Azji jakieś 200 km przed Ankarą, czyli trzeba to uczcić.... parę pian i do wyra ;-), jutro czeka nas kolejny ciężki dzień i tak było przez całą rejzę. Zacytuję tu słowa Romka (MT) " Jutro to to samo co dziś, tyle że jutro."

Dzień 4.

Autostrady czasami 4 pasmowe, płatne a o paliwie za 1L= 1,80 eur. nie wspomnę ;-(. Od czasu do czasu zatrzymujemy się na fotki. Zrobiło się jakoś chłodniej, deszcz zmywa nam robale. Pojawiły się kłopoty ze stacją paliw, zablokowana droga, znowu wypadek tym razem w tunelu... A za tunelem podobno jest stacja. I była. Nie decydujemy się na przekroczenie granicy Syryjskiej. Tyle się nasłuchaliśmy i naczytaliśmy, że lepiej jak zderzymy się z rzeczywistością za dnia. Dziś nakręciliśmy prawie 1000 km.

Dzień 5.

Granica turecko / syryjska..... się zaczeło, czyli na początku czeski film ;-) jednak trafia się miły i pomocny człowiek od ubezpieczeń , który pomaga nam przebrnąć przez całą biurokrację, co zabiera nam lekko ponad 2 godziny z dnia i pomyśleć, że mamy kilkakrotnie przekraczać granicę. Za każdym razem będzie to 2 godziny, jak to Henio mówi " Artur nie przeskoczymy tego, nie ma h^&* " na Mariolę. ;-) Nie pozostaje nam nic innego jak uzbroić się w cierpliwość. Tak też robimy. Z jednego okienka do drugiego, od jednego pana do drugiego, byleby w kolejności papierki i pieczątki się zgadzały ;-) i co dalej...... to nie wszystko, przy okazji doją z nas euraki i zielone niemiłosiernie. W rewanżu dostajemy najtańsze paliwo, 1L = za jakieś 2 zł ;-). Im dalej tym częściej się zatrzymujemy na fotki. Pojawiły się kontrole paszportów przez wojsko i policję. Niestety odmawia się nam uwieńczenia tego na fotografii, a szkoda, bo chłopaki fajnie uzbrojeni są ;-). Widoki z każdym kilometrem są coraz lepsze, asfalt zajefajny, winkle. Do sposobu jazdy miejscowych już się przyzwyczailiśmy. Nie sygnalizowanie włączania się do ruchu, czy skrętu to norma. Chcesz wyprzedzić, użyj klaksonu i wymuszaj, możesz zasygnalizować kierunkiem ale niekoniecznie. Jazda nie pokrywa się w żaden sposób z kulturą jaką prezentują Syryjczycy. Bardzo mili, sympatyczni, zawsze uśmiechnięci, a przede wszystkim bezinteresownie pomocni, o czym mieliśmy okazję wielokrotnie się przekonać.

Po drodze do celu zaliczamy jedno z ciekawszych miejsc, czyli Crac Des Chevalier .

Crac des Chevaliers to potężna twierdza położona na szczycie wzgórza dominującego nad okolicą. Jest to jedno z arcydzieł sztuki obronnej doskonalonej przez zakon Joannitów podczas wojen krzyżowych. Zamek wydaje się być twierdzą niemożliwą do zdobycia. Potężne pasy murów, baszty, wieże, fosy – to wszystko razem tworzy zamek niemal doskonały. Niestety nie było czasu na zwiedzenie zamku i wspięcie się na wieże, z których roztacza się wspaniały widok na góry Libanu. Widoki z siodła motórzysty też robiły wrażenie.

Jeszcze tego samego dnia przekraczamy granicę syryjsko / libańską, czyli kolejne 2 godziny " ostrej jazdy " z biurokracją. Tym razem młody chłopak biega z papierkami a my spokojnie siedzimy i czekamy, ktoś przynosi nam dwie szklanki świeżo wyciskanych pomarańczy, przy temp. +38*C jest to wskazane ;-). Na koniec młodzieniec dostaje zapłatę w wysokości 1 dolca ;-)

Po przekroczeniu granicy syryjsko / libańskiej około godzi.17.40 wjechaliśmy w inny świat.

Nawijamy z dużym zainteresowaniem libański asfalt w kierunku Bejrutu do hotelu, który mieliśmy zarezerwowany wcześniej przez internet.

Że też nam się tego chciało... od ponad 20 lat jeżdzę motocyklem i byłem już w paru miejscach, ale jazda po Bejrucie to czysty hardcore !!! Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. Wieczorny dojazd do hotelu obfitował w wiele atrakcji, wliczając parkingową glebę Henia. Nic się nie stało właścicielowi i sprzęt wyszedł bez szwanku.

Po jednym popołudniu miałem dość. Puszki mijają nas, my mijamy je dosłownie na lakier, a wszystko to dzieje się przy prędkości minimum 120 km/h, na kilku pasach ruchu, do tego musimy pilnować się nawzajem by się nie zgubić, patrzeć na znaki dokąd jedziemy i wiedzieć, że to akurat tam, od czasu do czasu podnosić to lewą to prawą nogę do góry by nie została utrącona. Podczas jazdy nie myślałem o tym czy zostanę potrącony, tylko kiedy i jeśli już to ilu Libańczyków jadących za mą mnie potem przejedzie. Tego wieczoru, a stało się to już rytuałem, integrowaliśmy się z miejscowymi degustując browca regionalnego. Wznosiliśmy toast za to, że jeszcze żyjemy.

Niestety rano czekało nas to samo, bo ów zarezerwowany przez internet hotel... znajdował się w centrum ;-) ale teraz o tym nie myśleliśmy. Gościnność i bezinteresowna pomoc nie szły w parze z jazdą jaką zademonstrowali nam mieszkańcy stolicy.

Dzień 6.

BEJRUT. Aż trudno uwierzyć, że miasto przed ponad 10-ciu laty było całkowicie zniszczone. Teraz można je porównywać do dużych metropolii europejskich - ogromne wieżowce, doskonałe trasy. Bejrut różni od wielu stolic jedynie fakt, że napotykamy tu uzbrojone wojskowe posterunki i kontrole. Podobno dla lepszego samopoczucia turystów. Poza reprezentacyjnym nadmorskim deptakiem, " Paryż Bliskiego Wschodu " sprawia wyjątkowo przygnębiające wrażenie. Skutki wojny widać niemal na każdym kroku - zrujnowane domy straszą dziurami po pociskach. Właściwie Bejrut wciaż przypomina dziś wielki plac budowy.

Przy okazji zwiedzania gubimy drogę, nie jest to jednak w żaden sposób kłopotliwe ponieważ zawsze można liczyć na pomoc ze strony miejscowych. Już całkiem oswojeni z dziką jazdą libańczyków, przestaliśmy zwracać uwagę na to co się dzieje na drodze, tylko pilnujemy by się nie pogubić kierując się na granicę Liban / Syria.

Procedura przejścia opanowana do tego stopnia, że zaczynamy poganiać tego i tamtego, wciskać się to tu to tam i..... Syria nas znowu wita ;-)

Bardzo przypadły nam do gustu obiady i gościnność Syryjczyków. Po południu wjeżdżamy do Jordanii i tu małe zaskoczenie na granicy, niezbyt mili celnicy, co nie przełożyło się na stosunki międzyludzkie już w samej Jordanii.

Jak się okazuje JORDANIA to bardzo piękny kra, byliśmy nią od samego początku zauroczeni. Przejazd przez prawdziwą pustynię połączony z zachodem słońca, wielbłądami i krajobrazem roztaczającym się wokoło po prostu bomba ! Powalające kolory i w ogóle wszystko. Kontrole wojska i policji to tylko zwykła procedura, przez którą od czasu do czasu przechodziliśmy.

Tego dnia dojechaliśmy całkiem lajtowo do Al'Agabah, takiego miasta a'la Las Vegas, docelowego.

Al'Agabah, w którym akurat się znajdujemy, jest położone jakieś 5 km od Egiptu i mniej więcej tyle samo od Jerozolimy, a na rzut beretem mamy Arabię Saudyjską , bo niecałe 20 km. W hotelu dostajemy pokój z widokiem na Morze Czerwone.

Idziemy na browar (y) ;-)) . Ojjjj Heniu fajnie nam tam było tego wieczoru !!!

..... a czas płynie nieubłaganie ....

Dzień 7.

Rano z okna hotelu raz jeszcze podziwiamy Red Sea , a następnie podjeżdzamy na sprzętach na małą sesyjkę zdjęciową.

Wszystko idzie zgodnie z planem, żadnych niespodzianek czy też problemów ze sprzętami, tylko ciągle zmieniające się widoki i coraz ciekawsze akcje na asfalcie, czyli kręcimy minety i ostra jazda po winklach ;-)

Tego samego poranka dolatujemy do najdalej wysuniętego punktu naszej wyprawy ( czyli jak dla mnie głównego celu ) !!!

A było to znak SA'UDIA 10 km. !!!

N 20*25.942'

E 034*58.553'

...od teraz zacznie nam ubywać kilometrów.

Henio siada na krawężniku i pojawia się chwila zadumy..... pytam co jest ? Na co Henio odpowiada - k%^& brakuje nam półtorej dnia by dotrzeć do Dubaju ;-) Ja jestem za... lecz obowiązki nie pozwalają na tego typu ODJAZD...a szkoda,bo jest tak blisko ;-( jakoś wyjątkowo przestało nam się spieszyć gdzieś... gdziekolwiek, ta chwila trwała długo.

....

Pozbieraliśmy się i wiosłujemy.... pojawia się wielbłąd.... na jednej ze stacji spotykamy małżeństwo na dwóch małych GS-ach z Belgii o ile dobrze pamiętam. Wracali z Petry. My dopiero tam jedziemy.

O godzinie 11 zaatakowaliśmy najpiękniejszą " budowlę " w Petrze, znaną z filmu Indiana Jones .

PETRA to obecnie ruiny miasta Nabatejczyków, znajdujące się w południowo-zachodniej Jordanii. Położona jest w skalnej dolinie, do której prowadzi jedna wąska droga wśród skał – wąwóz As-Sik. Petra słynie z licznych budowli wykutych w skałach. W czasach antycznych, w okresie od III w.p.n.e. do I w.n.e, miasto przeżywało czasy swojej świetności, będąc stolicą królestwa Nabatejczyków. Sami Nabatejczycy zwali Petrę Rqm (Rakmu), co oznacza " wielobarwna ".

Naszym głównym celem było zobaczenie Chazne (El Chazne Faraoun) zwana przez Beduinów " Skarbcem Faraona " – wykuta w skale piętrowa budowla powstała ok. I-II w. n.e. W pewnym sensie jest to sztandarowy i najsłynniejszy zabytek Petry. Nie jest jasne przeznaczenie budowli, chociaż ostatnio przeważa pogląd, że był to grobowiec (a nie świątynia) któregoś z władców Petry – być może Aretasa IV i jego żony.

Miejsce niesamowite, migawka aparatu nie stygnie.

Z Petry grzejemy nad morze Martwe ( DEAD SEA), po drugiej stronie widać Jerozolimę. Na trasie pojawia się znak MOUNT NEBO. Trzeba było zjechać z głównej drogi jakieś 25 km, ale nie było nam na rękę więc sobie odpuściliśmy.

Zanim jednak pojawił się znak, zabrakło mi paliwa, próba podholowania zakończyła się glebą dla mojego motóra. Przynajmniej mam pamiątkę z Jordanii ;-). Henio pojechał i zaraz wrócił z 1 literkiem wachy dla mnie, byśmy mogli kontynuować naszą przygodę. Jeszcze tego samego dnia docieramy do Damaszku.

Dzień 8.

Damaszek jest kwintesencją Bliskiego Wschodu i posiada miano najdłużej nieprzerwanie zamieszkanego miasta na ziemi. Meczet Umajjadów z grobowcem Jana Chrzciciela, w którym kilka lat temu modlił się Jan Paweł II, jest jednym z najpiękniejszych na świecie meczetów. Kiedyś wszystkie wewnętrzne jego ściany były pokryte złoto - zieloną mozaiką lecz liczne kataklizmy, z największym pożarem, jaki tu wybuchł pod koniec XIX wieku, zniszczyły większość z nich.Warto też zaznaczyć, że Syria uważana jest za kolebkę chrześcijaństwa, a Damaszek - za miejsce, z którego rozpoczął swą wędrówkę święty Paweł. Aż trudno uwierzyć, że są jeszcze miejscowości, gdzie używa się języka aramejskiego - języka Jezusa Chrystusa. To Malula i kilka wiosek w jej pobliżu oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od Damaszku, niestety nie dane nam było dotrzeć do tych miejsc.

"Hamidia al bazar" ( bazar ) - tylko kilka kroków dzieli meczet od największego bazaru w mieście, na którym można kupić wszystko od warzyw, poprzez środki czystości po najpiękniejsze jedwabne czy adamaszkowe tkaniny. Korzystamy z okazji i robimy szybkie zakupy przed powrotem do hotelu.

Powoli się zbieramy. W trakcie kiedy Henio wypisuje w pokoju kartki pocztowe, ja pakuję moto i zagaduję laskę na recepcji ;-)

Przy okazji zostaję zaczepiony przez Syryjczyka, który bardzo dobrze mówi po Polsku. Okazuje się, że mieszka w Wa-wie i przyjechał tylko w odwiedziny do rodziny.

Na jednym ze skrzyżowań, zapytany o drogę taxi drajwer pilotuje nas kilkanaście minut przez miasto na drogę wylotową, nie biorąc od nas w ogóle jakiejkolwiek opłaty. Niespotykane w naszej Europie zjawisko, więc dziękujemy mu serdecznie i odjeżdzamy.

Powroty zawsze wychodzą najłatwiej i najsprawniej, przynajmniej w moim przypadku. Czas ucieka i nic nie zmąca naszej rejzy, jednak częściej zatrzymujemy się na tankowanie, fotki i napoje chłodzące. Temp. +38*C daje znać o sobie szczególnie na postojach.

Znowu granica tym razem syryjsko / turecka. Nie wiadomo skąd pojawia się ten sam gość od ubezpieczeń, poznajemy go po tym samym czerwonym sweterku, który miał kilka dni wcześniej ;-) oczywiście po starej znajomości załatwia za nas wszystkie formalności a my jak VIP-y czekamy. Tym razem bardzo krótko.

W Turcji to tak jakby w domu , tyle że w Turcji, na każdym kroku śmierdzi Europą.

Tego dnia wieczorem obchodzimy Henia urodziny czyli... NPR.

Dzień 9.

Turcja.... Turcja i Stambuł WELCOME TO EUROPE ;-) i nocleg w Bułgarii, oczywiście wieczorem integrujemy się z miejscowymi.

Dzień 10.

Sms-y poszły w ruch i już wiemy, że w Szeged ( madziary ) będzie czekała na nas zwarta grupa z Polski w składzie ; Lucyna i Gregor ( BMW K12RS ), Kasia i Jacek ( BMW K12S ), Piocho ( VFR Rothmans ) oraz Mallutkii ( Yamaha FJR 1300A ), która to wybrała się w weekend majowy do Rumunii. Nie zwlekając kręcimy asfalt na koła i wieczorem meldujemy się pod hotelem Tisza Sport, gdzie przed wejściem głównym czeka na nas Gregor z powitaniem i kluczami do garażu ( Gregor raz jeszcze dzięki za rezerwację ).

Szybki prysznic i cóż chyba nie muszę rozwodzić się nad tematem... wiadomo NOCNE POLAKÓW ROZMOWY do rana.

Oby więcej takich spotkań jak to, tego życzę wszystkim uczestnikom imprezy, taki mały zlocik bez konkurencji sprawnościowych .

Dzień 11.

Kręcimy minety w przedziale 200 - 210 km/h i tak aż do Budapesztu, gdzie rozstajemy się z grupą. Ja i Henio kręcimy na Słowację, tam ostatnie wspólne żarło i przed samą granicą słowacko/polską rozstajemy się po bratersku. Rozjeżdżamy się,ale nie chce mi się wierzyć, że to już praktycznie koniec naszej REJZY. Te 11 dni zleciało nawet nie wiem kiedy. Pomimo, że mam do domu jeszcze grubo ponad 600 km, wspólne podróżowanie w tym miejscu skończyło się. Jeszcze gdzieś za zakrętem słyszałem pożegnalny klakson lochy Henia.

Od Krakowa zaczyna mżyć, a w Radomiu podczas ostatniego tankowania już pada, nawet nie chce mi się wyciągać kondona z kufra. I tak w chłodne, deszczowe popołudnie dolatuję do rodzinnego miasta.

Podsumowanie :

Cały wyjazd oraz trasa którą mieliśmy zaplanowaną wypaliła w 100 %. Nie zanotowaliśmy żadnych strat. Sprzęty spisały się bez zarzutu. Na granicach traktowano nas jak VIP-ów. Odwiedziliśmy kilka ciekawych miejsc i podczas całej rejzy nie spotkała nas żadna niemiła sytuacja ze strony tubylców. Wręcz przeciwnie, zaskakiwała nas życzliwość ludzi. Do reguł jakie panują na ulicy, zwłaszcza w Azji, łatwo się przyzwyczaić, ale zdecydowanie odbiegają one od norm europejskich. Nie mieliśmy ani razu problemu ze znalezieniem noclegu, hoteli jest pod dostatkiem, tak samo ze stacjami paliw. Warto jest w przygranicznych kantorach wymieniać walutę na walutę danego kraju w którym zamierzamy przebywać. Najdroższa okazała się Turcja pod względem paliwa i opłat za autostrady. Jazda po Beirucie na długo zostanie w mej pamięci. Ze wszystkich państw które przejechaliśmy najpiękniejsza była Jordania. Z Heniem zgraliśmy się już pierwszego dnia i tak zostało do końca.

Podziękowania :

Kolejność przypadkowa.

Tomasz Świderski - HOLAN.
Serwis BMW Fus czyli Sebastianowi, Jackowi i Sumowi za przygotowanie motocykla do rejzy.
Oczywiście nie mogę zapomnieć o Heniu vel OKP, osobie dzięki której to wszystko się wydarzyło i towarzyszowi podróży.

Kodi
K12RS
Wiosna 2007

Komentarze
2. Może ktoś myśli o powtórce ?
Dodane przez Calvin11 w dniu - 19.12.2008.
Może ktoś chciałby przejechać podobną trasę ?O ile tak chętnie się podłączę .A może opisujący będą się wybierać gdzieś jeszcze - to dajcie znać w kilku zawsze rażniej.Planuję podobną podróż na wakacje 2009 chętnych proszę o maila na .Pozdrawiam
1. dobra robota
Dodane przez marek w dniu - 31.05.2007.
Nie ma to jak plan zrealizowany w 100%. Rewelacyjne zdjęcia widziałem już wcześniej na stronie lubelskiej a teraz przeczytałem cały opis podróży. Poczułem się jak bym tam był osobiście. Relacja godna pozazdroszczenia.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 29.05.2007. )
 
Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 15 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.