Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Stelvio.jpg
START
Histria i Kaliakra czyli motocyklem po Rumunii i Bułgarii. PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Administrator   
31.05.2009.

 

Image


„Gdybym się tu urodziła to zaraz jak tylko nauczyłabym się chodzić uciekłabym stąd na piechotę”- zawyrokowała gdzieś w Rumunii umęczona już dwoma tysiącami przejechanych Smokiem kilometrów szeregowa Aś, na widok ogólnego brudu, stanu rumuńskich dróg i wielokilometrowych wszechobecnych korków. „Dalej żołnierzu!” – odpowiedziałem rezolutnie, jednocześnie unikając zwodem utraty resztek zębów.
Cóż, w każdej podróży są różne chwile, ale te gorsze wynagrodziła nam Trasa Transfogarska i Histria w Rumunii, a nagrodą główną był Przylądek Kaliakra w Bułgarii.

 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie biją, nie zjadają żywcem, nie kradną, nie zaczepiają i nic nie usiłują ci sprzedać. To o stereotypie obywatela pięknej Rumunii. Za to mają 125 milionów zaczajonych policjantów z radarami w ręku i nie władają żadnym obcym językiem, a ich rodzimy jest nam tak samo bliski jak narzecze indian Navaho.

Natomiast w słonecznej Bułgarii dogadasz się po polsku, bo o dziwo nasze języki są podobne a jakby co to rosyjski i angielski też nie jest im obcy. Co prawda poziom ich znajomości jest podobny do naszego, czyli słabe trzy minus, ale dogadać się można. Aha, coś jeszcze: w Bułgarii napisy są często zrobione cyrylicą, więc kto jej nie zna może mieć problemy na bocznych drogach.

W każdym razie, w tym reportażu nie będzie szczegółowych opisów zabytków oraz co i gdzie zjeść. Od tego są przewodniki i im to pozostawiam. Nie będzie też o nic o hotelach i liniach lotniczych.

Będzie za to subiektywny opis podróży motocyklowej z namiotem po Rumunii i Bułgarii z oczywistą domieszką samochwalstwa, bohaterstwa i odrobiny heroizmu.

Pomimo tego, że od wielu lat poświęcam wolny czas zwiedzaniu motocyklem różnych miejsc na świecie to jednak zawsze każdej kolejnej podróży towarzyszy mi ten sam dreszczyk emocji. Czy wszystko jest dobrze przygotowane? Czy nic nie zawiedzie? czy coś złego się nie stanie? A jak będzie z pogodą? Zawsze są wątpliwości i obawy. Czy i tym razem dam radę?

Wiadomo, że samodzielne podróżowanie nie jest łatwym zajęciem i oprócz wielu przyjemnych wrażeń potrafi niespodziewanie ukąsić znienacka jakimś niezaplanowanym wydarzeniem. Ale właśnie bez przygód podróżowanie motocyklem nie miałoby tego swojego smaczku odrobiny szaleństwa pomieszanego z lekką adrenaliną i dodatkiem poczucia absolutnej wolności.

Tak było i tym razem.

Sierpień. Słońce, 30 stopni. Trzy tygodnie przygody. Wypucowany Smok załadowany bagażami czując że czeka go kolejna Wielka Wyprawa mruczał z parkingu: no jedźmy już…., no jedźmy stary…..  i kiedy Aś skończyła pić wreszcie kawę ruszyliśmy z Poznania w kierunku Krakowa, a potem słowackiej i dalej węgierskiej granicy.

Smok grzmiał swym jednocylindrowym wielgachnym sercem, słońce świeciło, czułem w sobie absolutna dzikość serca a nasi kierowcy samochodów jak zwykle starali się nas zabić. I tak drugiego dnia wyjechaliśmy (tym razem w ulewnym deszczu – wiadomo, jak to w górach) wreszcie z naszego Disneylandu na równe bezpieczne słowackie drogi.

Nigdy nic nie mogę o Słowacji napisać, bo zanim zaczynam się bliżej przyglądać jest już kolejna granica. Moje wrażenia z tego kraju przeważnie związane były ze spotkaniami z miejscową drogówką (no mili ci panowie dla Polaków nie są, nie byli i chyba nigdy nie będą) – ale tym razem byłem bardzo, ale to bardzo grzeczny więc obeszło się  bez tego typu przygód.

A Węgry jak to Węgry. Wino, muzyka i śpiew. Mówię tu o odczuciu absolutnego piękna, jakie nachodzi człowieka, kiedy mknie przez węgierskie równiny po świetnych wręcz idealnych drogach mijając kolejne wioski i miasteczka, które są tak urocze i kolorowe, jakby wczoraj wybudowały je niewidzialne krasnoludki malując na końcu domy wszystkimi kolorami tęczy.

Ciekawostką jest to , że motocyklom wolno tutaj „pędzić” poza miastami aż 80 km/h. Myślę, że intencją tego ograniczenia prędkości (oprócz oczywistej chęci zmniejszenia deficytu węgierskiego budżetu) jest to, aby cudzoziemiec miał czas bliżej się przyjrzeć urodzie Węgier. Tak po namyślę doszedłem do tego, że wreszcie wiem, dlaczego u nas tak powoli budują autostrady i skąd tyle tych nowych rond w kształcie na metr wyrastającego na środku drogi betonowego bunkra. Nie mówiąc o 140 milionach fotoradarów. Chodzi po prostu o zwiększanie zainteresowania turystami Polską, przez spowalnianie ruchu do przeciętnej 20 km/h między miastami, a przez to pokazywanie wszystkim w jakim są wspaniałym kraju. Gdyby były autostrady to taki cudzoziemiec przeleciałby w parę godzin przez nasz kraj nie widząc nic. A tak jak po tygodniu od przekroczenia zachodniej granicy doczłapie się do wschodniej to wszystko dokładnie zobaczy i jeszcze innym opowie o 5 tysiącach miasteczek i wiosek, przez których centrum jechał.

Proste?

Wróćmy jednak do podróży. Granica węgiersko – rumuńska w okolicach Oradei trochę nas zaskoczyła. Po pierwsze pomimo tego że oba kraje są członkami UE to Węgrzy zachowali kontrolę graniczną, a Rumunii nie. Czyli – do Rumunii wjeżdża kto chce, w drugą jest trudniej. Węgrzy wszystkie rumuńskie auta wjeżdżające do nich skrupulatnie przeglądają, sprawdzają i szukają Nie Wiadomo Czego. Widać też, że odnoszą się do rumuńskich gości z trudno maskowaną wyższością.

Rumunia przywitała nas trójpasmową drogą, a po przejechaniu 500-et metrów komitetem powitalnym składającym się z aż trzech uśmiechniętych przedstawicieli drogówki. Czym chata bogata tym rada.

Panowie byli bardzo sympatyczni , znali angielski (uwaga: tylko młodzi policjanci w Rumunii znają ten język) i starali się wytłumaczyć jak strasznym wykroczeniem była jazda trzypasmową drogą z prędkością 80 km/h przy obowiązującym znaku 50 km/h. Potem było o motocyklach, kempingach, a potem wystawili mandat ...kredytowy, że niby na poczcie mamy zapłacić,  mrugnęli okiem i pomknęli na sygnale swoim pościgowym Loganem za jakimś miejscowym kolesiem, który w świeżo  wyszpachlowanym Audi rocznik ‘81 przeleciał obok nas tak na oko z drugą prędkością kosmiczną.

Zdążyli jeszcze powiedzieć, żebyśmy uważali w miejscowościach, bo u nich jest a lot of Police.I faktycznie mieli rację. Co wiocha to Garcia albo Sancho Pancza z brzuchem opartym na masce Logana przy użyciu suszarki pilnuje ładu spokoju i porządku.

Tylko w Serbii widziałem takie ilości Policji więc uknułem taką teorię, że im większy gdzieś był totalitaryzm, tym większe jest przywiązanie do wszelkiego rodzaju formacji mundurowych.

W każdym razie po rumuńskich głównych drogach lepiej jeździć grzecznie i spokojnie.

Rumunia. Od czego zacząć, kiedy tyle zupełnie niespodziewanych wrażeń?

Pierwsze słowo to dysonans. Bo przepiękne krajobrazy Karpat przesłaniają często latające worki foliowe i inne śmieci, których jest tu po prostu pełno. Drugie: bieda.  Ale to dobrze, że są jeszcze takie kraje, gdzie wszystko jest naturalne, a nie wypicowane pod samolotowe wycieczki.

Przemieszczając się w kierunku głównego pasma Karpat i Trasy Transfogarskiej przez Cluj Napoca i Sibiu doznawałem wrażenia niekończącego się koszmaru jazdy w megagalaktycznym korku. Nasze drogi przy rumuńskich są po prostu puste, dziewicze, wręcz fantastyczne.

Z drugiej strony…. Smok pędzi,  kolejne wioski są coraz bardziej kolorowe a jednocześnie nie skażone kompletnie zachodem. Ludzie pozdrawiają nas kiwnięciem ręki, tak jak i kierowcy wszechuniewrsalnoobecnokoszmarniedymiących Dacii 1310p. Człowiek czuje się fajnie.I nie przeszkadza nawet to, że Rumuni zamiast migaczy wystawiają rękę za okno mówiąc w ten sposób: uwaga wjeżdżam, czy uwaga: zawracam i bez pardonu go wykonują w tej samej chwili.

Po noclegu w motelu (przez 150 km od granicy nadal nie było nigdzie żadnego kempingu, a od strony miejsca pasażera dochodziły już odgłosy nadciągającej burzy z grzmotami i piorunami) pomknęliśmy w kierunku Trasy Transfogarskiej, czyli słynnej drogi numer 7C.

I wiem, że po drodze w różnych miejscach są takie i siakie zabytki, jakiś tam zamek, ale mieliśmy inny cel. Karpaty były ważniejsze.

Po drodze spotykamy norweskiego motocyklistę, który zaczepia nas widząc naklejkę „N” na kufrze motocykla. Mówię mu , że to za Nordkapp. A on, że nigdy tam nie był, bo za zimno na motocykl. No ogon mi się rozłożył z dumy, a wskazówka ego weszła na czerwone pole.

Wracając do  Rumunii, to choć przejechałem motocyklem bez mała całą Europę to Trasa Transforgarska jest u mnie zupełnie serio mówiąc  w pierwszej trójce najbardziej niesamowitym miejscem jakie widziałem. Inna sprawa, że odcinek 40 km od przełęczy do Corbeni nadaje się wyłącznie dla motocykli klasy soft enduro bądź samochodów terenowych (no i oczywiście dla Dacii Extreme). Jechaliśmy go przez półtorej godziny i czułem jak wypadają mi kolejne plomby z zębów, a tylny amortyzator wrzeszczał „dooooość..mam tego doooooość’”.

Po drodze wielka zapora wodna i niedaleko prawdziwy zamek Draculi. Piszę prawdziwy bo ten w Branie powinien nazywać się Cyrk Na Kółkach i Święto Cepelii.  Jest specjalnie przygotowany pod turystów i tyle ma wspólnego z Daculą, co ja z lotem na księżyc.

W Rumunii nie ma praktycznie kempingów. Jadąc w poprzek kraju, aż do Morza Czarnego są  dwa. Jeden pod Gillau a drugi (nomen omen) „Kemping Wampirów” w Bran, tuż koło zamku (choć trafić łatwo nie jest).Na wybrzeżu oczywiście jest ich więcej. Te na mapie - choć niby jest ona z 2008 roku nie istnieją. Są polikwidowane i to lata temu.

Ale jest tego zaleta. Mianowicie w Rumunii na dobę wolno się rozbić gdziekolwiek. Skwapliwie korzystają z tego tubylcy, którzy z racji natury są uwarunkowani do podróżowania. Pakują więc do swoich Dacii pamiętających wszystkie kołdry z domu oraz wszechobecnego grilla ogrodowego i urrrra dalej w świat.

Potem we wszelkich mniej lub bardziej fajnych miejscach spotyka się masowo dymiące grille, rozstawione namioty i Dacie wraz z ich właścicielami. Najgorsze jest w tym to, że nikt nie sprząta śmieci, a miejscowi turyści zostawiają po sobie wszystko to co im już jest zbędne. Więc tkwią tak pomiędzy fruwającymi torebkami foliowymi, papierami i fekaliami. Człowiek patrzy i oczom nie wierzy.

Myślę ze do końca życia będę pamiętał obrazek, kiedy na tle zachodzącego słońca rumuńska para dwudziestolatków przytulała się do siebie czule , a wokół nich na tle dymiącego grilla wirowały podniesione wiatrem worki foliowe i papiery.

W każdym razie polecam Kemping Vampire w Branie. Jest czysto, pięknie, stogi siana na środku, widoki jak w Bieszczadach razy dziesięć, no i jeszcze można spotkać innych motocyklistów. Jedzenia co prawda nie sprzedają (bo by się trzeba było napracować, a po co?), ale napitki mają - jak najbardziej. A jak wiadomo z pragnienia można umrzeć, a od braku jedzenia tylko poprawić sobie sylwetkę.

Dacia – rumuńskie dobro narodowe. Samochód , który powinien być godłem tego kraju. Kiedyś symbol postępu, obecnie drogowy koszmarek. A tak naprawdę to Renault 12. Wymyślony blisko 40 lat temu. Absolutnie totalny szmelc, którego silnik do kapitalnego remontu kwalifikował się po 40 tyś km przebiegu. W Rumunii służy do dziś jako auto reprezentacyjne, terenowe, dostawcze, pościgowe i lanserskie (to wersje ze spojlerami od góry do dołu) . Ten kraj powienien się nazywać Dacioland. Piszę o tym, bo są różni kierowcy. Dobrzy, źli i niebezpieczni. Ale ci, w Daciach to osobna kategoria – to niewidomi kilerzy szos. Są nieobliczalni. Mogą wszystko i niczego się nie boją.

Włóczyliśmy się tak więc parę dni po wertepach Karpat podziwiając oszłamiająco – dziewicze widoki, aż pewnego wieczoru nocując na terenie jakiejś posesji zamienionej w malutki kemping spotkaliśmy wóz kempingowy z Polski. W dodatku też z Poznania.

Sympatyczna para koło czterdziestki  właśnie jechała do domu od strony Constancy. Nasz krajan chciał jeszcze do Bułgarii, ale jak powiedział załoga mu się zbuntowała, co jego żona skwitowała na boku zdaniem: ja już jestem za stara żeby udawać, że jestem dzielna.

No i znowu okazało się , że świat jest malutki a Polacy wszędzie.

W końcu i my zapragnęliśmy zobaczyć jak wygląda sławetna Mamaia i pomknęliśmy Smokiem w blisko 40 stopniowym upale z gór w kierunku Bukaresztu.

Po drodze mała przygoda. Do uszkodzonego ABS-u dołączyła kontrolka rezerwy paliwa, co o małe co nie skończyło się postojem gdzieś w górach z powodu braku benzyny. Mianowicie Smok zawsze palił mało (co mą poznańska duszę cieszyło i cieszy), więc nie dziwiłem się, że na 17 litrach przejechaliśmy już coś 390 km, aż przyszło mi do głowy, że cudów jednak nie ma. A ponieważ obok była stacja benzynowa, więc zweryfikowałem swoje domysły co do braku pomarańczowego światełka z rzeczywistością i okazało się, że w baku miałem tylko szklankę paliwa. Małą szklankę. Nawet maciupcią.

Cóż – nie ma rzeczy, które się nie psują. W każdym razie dalej tankowaliśmy na podstawie obliczeń mojego osobistego komputera pokładowego znajdującego się w głowie, bo Smok oczywiście wskaźnika paliwa nie ma, a że zbiornik jest pod kanapą, a wlew z boku, więc nijak nie da się sprawdzić na czym jedziemy i ile tego mamy.

Usmażeni w 40 stopniowym piekle dotarliśmy do Bukaresztu. Do centrum się nie pchaliśmy bo interesowało nas morze, a nie betonowa patelnia.

Obwodnica Bukaresztu to jednopasmowa ścieżka z trzydziesto centymetrowymi koleinami. Poczułem się normalnie jakbym był w domu. Oczywiście potworniewielkizajbieścieogromny korek. Pchamy się środkiem. Rumuńskie panienki stoją na poboczach. Też jak u nas. Koszmar.

Potem autostrada. I znowu jak u nas. Jedziesz 120 km i nie ma ani jednej stacji benzynowej. Nie ma generalnie nic. Aż mi się swojsko na duszy zrobiło.

Mapa po raz kolejny kłamie. Pokazuje, że autostrada jest płatna i sięga do Konstancy. No więc nie jest płatna, a do Konstancy może i będzie ale za dwa lata. W połowie drogi się kończy i dalej jedziemy ścieżkami takimi jak u nas.

Po drodze korek. Okazuje się, że jest wypadek. Nie ma jak tego ominąć. Samochody próbują przejechać bokiem polną drogą. My też się puszczamy. I wszystko fajnie tylko po 2 km musimy wyjechać z powrotem na asfalt a podjazd z pola jest tak stromy i piaszczysty, że pod sam koniec przeciążony bagażami Smok zakopuje się tyłem. Stoimy i ani be ani me. Ani do przodu ani do tyłu. Smok spokojnie mi się pyta , czy mam dobrze pod sufitem bo na Paryż – Dakar to on się nie pisał, a kółkiem w piasku to mogę sobie kręcić do zatarcia silnika. No wiem. W końcu przy pomocy dwóch, a potem trzech kierowców wyturlaliśmy się jakoś z tej opresji. Oczywiście wiem, że byłem dzielny i tak dalej i tak dalej.

Wreszcie jest. Mamaia. Najlepszy rumuński kurort nad Morzem Czarnym. I wielkie pole kempingowe położone nad samym morzem z ładną recepcją. Będzie pieknie!

Ale kto na wiele liczy czasem się przeliczy.

Wytrzymaliśmy dwa dni, po czym bez słowa zaczęliśmy się pośpiesznie pakować, tak jakby zaraz miała to miejsce nawiedzić jakaś katastrofa.

Plaża – wychodzisz , patrzysz w morze, noooo jest pięknie. Patrzysz w lewo – rafineria, patrzysz w prawo – jakieś dźwigi, wchodzisz do morza – same glony. Nic tylko się napić. Ale się nie da. Knajpy zamykają o 21-ej, a od 20-ej na Kempingu jest cisza totalna, bo Rumunii idą spać. Nie  ma żadnych imprez. Nikt się nie bawi. Jest tylko smród dopalających się dziesiątek grili i widok fruwających śmieci.

Tak – wirujących – bo nikt ich nie wrzuca do śmietników tylko obok. Nawet nie sprawdzają czy są pełne czy nie. Faktem jest, że śmietniki pełne są zawsze. Natomiast toalety i prysznice wyglądają jakby właśnie skorzystała z nich cała Armia Czerwona. Koszmar.

Histria. Jeden z dwóch celów wyprawy.

Na kilku hektarach położonych nad samym morzem, ale bardzo na uboczu, bo 7 km w bok od głównej szosy znajdują się ruiny starożytnego miasta założonego przez obywateli Miletu. Zachowane są ruiny murów obronnych, domów, kolumn i fantastyczne muzeum. Po ruinach można chodzić i wszystkiego dotykać. Nie ma żadnych turystów. Tym większe wrażenie robi to złupione ostatecznie blisko dwa tysiące lat temu przez Gotów miasto.

W takich miejscach czuje się  jak bardzo wszystko jest umowne i jak bardzo nic nie znaczący jesteśmy w rękach historii. Tu też byli ludzie, którzy marzyli, żyli, budowali, kochali, walczyli, mieli swoje cele i pragnienia, a na końcu ich imion ani historii nikt nie pamięta.

Smok niósł nas do Bułgarii mrucząc : wreszcie stary kawałek równego asfaltu, nie mogło być tak od początku?

Więc lecieliśmy jak tornado, aż do granicy. Oczywiście po rumuńskiej stronie nikogo. A po Bułgarskiej zespół powitalny czekający na Rumunów. I tu mała dygresja. Zlikwidowanie granic w ramach UE ma pewną wadę. Mianowicie na granicach zniknęły kantory wymiany walut. Nie było ani jednego ani na słowackiej, ani na węgierskiej ani bułgarskiej granicy. I co ma zrobić turysta?

Pierwsze pozytywne zaskoczenie, to zmiana stanu dróg, druga, zupełnie inny krajobraz – bardziej śródziemnomorski, a trzecia to facet na stacji benzynowej blisko granicy, który był uśmiechnięty, zagadywał nas o to jak to nasi spruli ruskich w siatkę na olimpiadzie (1976 rok!!!). .. i jeszcze my po polsku, on po bułgarsku i się rozumieliśmy. Bułgarzy to kompletnie inny typ ludzi niż Rumunii. Są bardziej otwarci.

Kaliakra. Nieprawdopodobne miejsce, zupełnie zaskakujące, tak bardzo inne od wybrzeża rumuńskiego. Przylądek …Nos to klif schodzący na długości jakiś 500 metrów jakieś 70 metrów pionowo do morza.

Pomarańczowe skały, absolutnie błękitne kłujące wręcz czystością koloru niebo i morze wyglądające jak podciągnięte komputerowo fotki z Bahamów.

A na końcu przylądka mur w poprzek dla ochrony małej twierdzy i Pomnik Umarłych Dziewcząt. Historia głosi, że czternaście dziewczyn wolało tutaj popełnić masowe samobójstwo skacząc ze skały niż pójść w turecki jasyr. Coś jak o Wandzie co nie chciała Niemca…

A było słonecznie i cholernie gorąco. I żadnego podmuchu wiatru. Stojąc na skale spadającej pionowo 70-iąt metrów w morze można było w wyciągniętej do góry dłoni zapalić zapałkę.

Kiedy człowiek widzi taki cud natury czuje się spełniony, bo wie, że było warto przezwyciężyć wiele problemów, aby tu być - choć na chwilę. Są takie miejsca , które  zostają na zawsze w oczach i sercu. To na pewno było jedno z nich.

Smok czekał cierpliwie na koniec ochów i achów jakie usmażeni sierpniowym słońcem wydawaliśmy z siebie rozglądając się po tym bajecznym miejscu, po czym zakomunikował, że jeszcze chwila to odpadną mu od żaru oba błotniki. Nawet szeregowa Aś dzielnie wytrzymała kolejne : „no dalej żołnierzu, jedziemy”. Więc w drogę.

Przez małe bułgarskie zagubione wioski, mijając się z osiołkami, rozglądając po przydrożnych straganach z arbuzami i chłonąc kolejne kilometry rozgrzanego asfaltu pomknęliśmy w kierunku Warny.

Wkrótce okazało się, że przewodnik Marco Polo z 2008 roku jak i mapa Bułgarii z tego samego roku są tak samo aktualne jak rumuńska. Czyli, że są to wydawnictwa z serii: „Dawno dawno temu, w (tu wstaw nazwę kraju) były sobie kempingi….” Cwaniaki robią po prostu przedruki wydawnictw sprzed 18 lat i piszą, że to super aktualne wydanie. A skąd wiadomo? Bo kempingi opisane w przewodniku jak i zaznaczone na niby super aktualnej mapie były. Ale dziesięć lat temu. Większości, ba prawie wszystkich już dawno nie ma. Nawet ślady po nich zarosły. A nowych nie ma.

Tak więc po dłuższych poszukiwaniach wylądowaliśmy w Złotych Piaskach. Odbiegając od tego, że objuczony Smok z nami pasował do tej Krainy Tipsów i Wielkiego Lansu jak kowboj na koniu do centrum Nowego Jorku to o małe co w tym miejscu nie zakończyliśmy wyprawy i życia efektownym i spektakularnym bum.

Kiedy defilowaliśmy główną ulicą tego Las Vegas Bałkan wyrosła mi przed oczami wieża Eiffla. Oniemiałem. Uznałem, że mam omamy, że zwariowałem i kiedy po chwili do mnie dotarło, że to knajpa będącą niższą kopią wieży Eiffla i obróciłem głowę z powrotem na szosę było już prawie za późno.

Nie wiadomo skąd wyrósł 10 metrów przed nami zaparkowany na środku ulicy mercedes klasy S. A my tu tak ze 60 km/h na budziku i lecimy wprost w jego bagażnik.

Hamowanie, poślizg na oba koła, jedziemy uślizgiem bokiem, próbuje omijać, odruchowa kontra kierownicą w prawo, redukcja biegu i ile się da gaaaaaazu, w tym momencie gaśnie silnik, bo stary osioł w panice zerwał sprzęgło, więc rozpaczliwe odpalenie (a moto cały czas bokiem w poślizgu), gaz na maksa, szarpnęło strasznie, Smok się prostuje, poczułem na prawej nodze muśniecie zderzaka mijanego auta, przelatujemy o centymetry obok mercedesa. Już po wszystkim. Kilka sekund, a całe życie przed oczami.

Nie wiem jak nam się udało. Musiałem się zatrzymać na chwilę, bo ręce mi drżały i z wysiłku i emocji. Było blisko. W pewnym momencie, kiedy zgasł  silnik, byłem przekonany, że wjedziemy w to auto. Przy tej prędkości nie byłoby co zbierać.

W końcu, po dłuższych poszukiwaniach tuż pod Złotymi Piaskami znaleźliśmy kemping położony nad samym morzem, z własna plażą i świetną knajpką. Trafić trudno, standard czystości bardzo średni, a toalet jak to w tym regionie świata żaden, Ale za to widok z namiotu wprost na morze jak i rewelacyjna kuchnia wynagradzały te niedostatki luksusu.

Było ciekawie. Plaża okazała się plażą naturystów ze zdecydowana przewagą radośnie pląsających i nacierających się wzajemnie olejkami dżentelmenów z organizacji „ Gay Power”.

Wśród tego radosnego towarzystwa wyróżniała się zbulwersowana polska rodzinka w wieku lat ca sześćdziesięciu. Jak rzekła żona Pana, usiłującego przeganiać to wyluzowane towarzystwo sprzed swojego wzroku okrzykami w stylu „paszoł won”: „na wielu pielgrzymkach byłam, i to nawet zagranicznych, ale czegoś tak strasznego nie widziałam”.

Co przez wrodzoną delikatność pozostawię bez komentarza. Natomiast szeregowa Aś porozglądała się, obcykała chłopaków na plaży i zameldowała z niewinnym uśmiechem, że najlepiej by było jakbyśmy już nigdzie dalej nie jechali. Że taka ładna plaża i takie fajne morze, a ci opaleni nadzy chłopcy na plaży nie robią na niej absolutnie żadnego wrażenia bo przy mnie to w ogóle  nie istnieją…i tralalala, tralalala. Oczywiście - uwierzyłem.

To co ciekawe jest w obu tych bałkańskich krajach, to to, że rodzimych motocyklistów u nich nie ma. Klimat jak marzenie, a jednośladów absolutnie zero. Więc co chwilę człowiek jest sensacją jakby wylądował z Marsa.

W każdym razie chwilę pobyliśmy w tym tak naprawdę bajecznym miejscu. Niestety zatruliśmy się czymś (tak jak i połowa ludzi na kempingu) i trzy dni leżałem dosłownie umierając od gorączki i różnych rewolucji. Aś jak to delikatna baba  – po jednym dniu była zdrowa. Tak to czasami w podróży bywa. Nigdy nie wierz miejscowej wodzie. Pij i używaj do gotowania wyłącznie butelkowanej.

W każdym bądź razie po przejściu tej bardzo oczyszczającej kuracji (100m do toalety w 10 s.) okazało się, że jednak będę żył.

Tak więc kierunek Warna. Piękne spokojne miasto ze śliczną promenadą nadmorską i kilkoma ciekawymi muzeami. Ale tak naprawdę warto zobaczyć dwie rzeczy.

Po pierwsze Muzeum Archeologiczne, w którym można zobaczyć eksponaty sięgające 5 tyś lat pne i niesamowitą biżuterię tracką. Koniecznie.

A po drugie – muzeum i mauzoleum naszego króla Władysława Warneńczyka, który poległ tutaj w 1444 roku w mało u nas znanej Bitwie pod Warną . Mało kto wie, że Warneńczyk z Hunyadym (to bohater węgierski) mając tylko 20 tysięcy wojsk polsko-węgiersko-czesko – bułgarskich zmierzyli się z aż 60-cio tysięczną armią turecką dowodzoną przez sułtana Murada. Po całym dniu boju byli bardzo bliscy zwycięstwa. I właśnie wtedy, w decydującym momencie nasz młody król wykonał szaleńczą szarżę z tylko 300-tu rycerzami polskimi chcąc przebić się do przez środek wojsk tureckich i zabić Murada. Historyk turecki który bitwę widział napisał, że nasi rycerze dokonywali cudów bohaterstwa, a Warneńczyk siejąc spustoszenie i panikę w szeregach tureckich dotarł na odległość trzech metrów od Murada, zanim stary Janczar zabił mu konia i przywalonemu zwierzęciem Władysławowi obciął mieczem głowę. Prawie wszyscy nasi rycerze w tej straceńczej szarży polegli.

Bitwa ta zmieniła na bez mała trzysta lat historie Bałkan, oddając je pod panowanie tureckie.

W Bułgarii Warneńczyk ma status bohatera narodowego. W Warnie jedna z głównych ulic nosi jego imię, tak samo jak i duże osiedle.

Po muzeum i mauzoleum oprowadziła nas pracownica muzeum, która świetnie mówiła po Polsku. Przy okazji poznaliśmy kawałek historii Bułgarii i ich walki o odzyskanie niepodległości spod okupacji tureckiej.

Na pewno warto to wszystko zobaczyć, żeby zrozumieć, jaką pamięcią i czcią otoczony jest tam nasz król i żeby poznać odrobinę historii Bałkan.

Oczywiście będąc w okolicy Warny konicznie należy zwiedzić jeden z cudów natury jakim jest Kamienny Las. Trafić nie jest łatwo, ale naprawdę warto poszukać. Na przestrzeni kilku hektarów rozciąga się widok na kamienne kolumny sięgające kilku metrów wysokości, które prawdopodobnie kilka milionów lat temu uformowała woda. Jest to widok jak z innej planety i faktycznie przypomina to jakiś surrealistyczny las.

Bułgaria w porównaniu do Rumunii to kraj wesoły, uśmiechnięty, czysty, a stan dróg jest idealny. Kierowcy tez jeżdżą bardzo przewidywalnie i bezpiecznie. Gołym okiem widać, że to kraj o wiele bogatszy od Rumunii.

Krajobraz też ciekawy. Jadąc fantastyczną wręcz autostradą z Warny w kierunku granicy z Rumunią można zobaczyć, jak zmienia się krajobraz na bardziej górzysty. I jak ładna jest środkowa część kraju.

Z podziwiania widoków i oddawania się przyjemności połykania Smokiem kolejnych kilometrów wyrwał mnie piekielny ból szyi. Cóż. Raz w życiu, tylko ten jeden raz jechałem bez chusty. I co? Ano przy 120 km/h osa. Ludzieeee… to było hamowanie życia. Spuchłem, pojęczałem, ale przeżyłem.

Zgodnie z tradycją po przekroczeniu granicy z Rumunią w postaci mostu na Dunaju (to jakieś morze, a nie rzeka) powitał nas natychmiast komitet powitalny w postaci panów z drogówki. Oczywiście znowu na dwupasmówce. I znowu ograniczenie do 50 km/h, tam gdzie można śmigać spokojnie ze 120 km/h. I znowu panowie są zaczajeni i polują wyłącznie na obcokrajowców. Trochę się poczułem tak swojsko – zupełnie jak u nas!

No ale, ci mili nie byli, a sądząc po wieku, to za komuny w milicji niejednego szlify zdobywali. Mieli już kilku klientów i kto nie miał leji wysyłany był 10 km w jedną stronę do bankomatu po pieniądze. Ale bez  prawa jazdy i dokumentów pojazdu. Pewien Grek chciał z nimi podyskutować, więc Panowie zatrzymali mu prawo jazdy i cześć. Widząc ten cały cyrk oraz, że ci starzy gwardziści nie mówią (a raczej wrzeszczą) w żadnym języku oprócz swojego - zapłaciłem myto za wjazd (ca 300 zł) do ich pięknego kraju i mamrocząc pod nosem życzenia o zarazie i wymarciu do n-tego pokolenia rodu tych dżentelmenów grzecznie i spokojnie pojechaliśmy dalej.

Dziury, koleiny, fruwają sobie śmieci przy drodze. Na obwodnicy Bukaresztu totalny chaos i korek. Wreszcie jest – autostrada w kierunku Piteszti. Lecimy ze 140 km/h, a tu, facet pędzi tuż obok autostrady stado owiec. Duże. A ponieważ żadnych siatek ograniczających dostęp do drogi nie ma, więc resztę sobie sami dośpiewajcie. Tego nie ma nawet u nas.

Pokrążyliśmy sobie jeszcze po Karpatach i pomknęliśmy dnia następnego w kierunku granicy z Oradeą. Tzn. chcieliśmy. Ale od rana była taaaaaaaakaaaaa burza z taaaaaakimiii piorunami i wodospadem z nieba, że ruszyliśmy koło 11-ej, kiedy poziom zdeterminowania przekroczył poziom rozsądku w oczekiwaniu na poprawę pogody.

Muszę powiedzieć, że kiedy dojeżdżaliśmy do granicy z Węgrami w tych błyskawicach, deszczu, wietrzejakcholera, czułem się jakbym wracał do wolnego świata.

Rumunia jest dziwna. Przede wszystkim, czemu ci ludzie są tacy ponurzy i patrzą na obcych spode łba??

Taki piękny klimat, takie wspaniałe góry i morze, a ci smutni tacy jacyś, podejrzliwi, na połowie stacji benzynowych kartą nie zapłacisz, co wiocha policja pilnuje krzaków, nie mówią w żadnym normalnym języku. A pojechać jeszcze raz się chce. Ciekawe, Prawda?

Kiedy dwa dni później dotarliśmy umorusani i umęczeni z powrotem do Poznania odstawiany na parking mój wierny Żółty Smok spojrzał na mnie swoim niemłodym już, ale doświadczonym okiem i powiedział: stary – powiedzmy to sobie szczerze: i tobie i mnie było bosko. Oprócz tego, że wisisz mi nowy tylny amortyzator, to jeżeli będziesz miał ochotę polatać po dzikich skąpanych słońcem górach to może jeszcze tam wrócimy?

Bo kiedy kończy się jedna podróż, to w głowie i sercu zaczyna następna.

 

Jarosław Spychała

Komentarze
1. repo
Dodane przez polarfox w dniu - 10.07.2009.
reportaz marzenie, dzieki! 
mam jeszcze wieksza ochote na Slowenie..jak ja nienawidze polizei..bylem tam w rumuni dziecieciem bedac w 1974 i pamietam ich securitate na rdodze lupiace mojego ojca za 80 km/h.. 
nic to, masa swietnych informacji, czyta sie swietnie!!! :grin

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 31.05.2009. )
 
wstecz   dalej »

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 17 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.